Góry Rodniańskie cz. 1

mapen rum

Zapiski odczytane z dziennika podróży:

16.09.2017 sobota cz. 1

Naszym pierwszym celem była miejscowość Borșa – skąd miał prowadzić szlak w Góry Rodniańskie. Dotarliśmy tam wczesnym popołudniem. Rozejrzeliśmy się trochę po mieście i pojechaliśmy w poszukiwaniu szlaku – niebieskiego paska (w Rumunii oznaczenia szlaków różnią się nie tylko kolorami ale też kształtem). Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie możemy zostawić auto, więc jechaliśmy ‘byle dalej’. Najpierw koło szpitala ‘mostem w prawo’ (jak kierował przewodnik), dalej drogą pod górę, wzdłuż zabudowań, aż na jednym z rozwidleń dróg zatrzymał nas policjant kierujący ruchem podczas budowy drogi. Okazało się, że dalej nie da się jechać, a samochód możemy pozostawić w dowolnym miejscu. Zaparkowaliśmy przy pobliskim gospodarstwie, podobnie jak kilku innych kierowców. Dopakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry, mając nadzieję, że za kilka dni auto zastaniemy tam, gdzie je zostawiliśmy ;).

Było już koło 16, dlatego nastawialiśmy się na nocowanie po drodze. Mieliśmy ze sobą namiot i jedzenie, więc nie martwiliśmy się, że musimy się spieszyć. Czytaliśmy co prawda opis w przewodniku, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, czego się możemy spodziewać w tych górach, więc na wszelki wypadek wzięliśmy trochę większy zapas. Znaleźliśmy w końcu drogowskaz kierujący w prawo, w stronę kościoła (cerkwi), a idąc dalej prosto, minęliśmy ostatnie zabudowania i weszliśmy do lasu. Dalej szlak prowadził dość monotonnie przez około 2 godziny lekko w górę. Po drodze, po około 30 minutach, po naszej lewej stronie natknęliśmy się na drewnianą chatkę, w której prawdopodobnie nocowali pasterze z pobliskich pól. Kawałek dalej była wielka polana, na której obok terenowego samochodu, stał spory namiot i grupka młodych ludzi.

Przez całą trasę minęliśmy może kilkunastu turystów. Wszyscy byli uśmiechnięci, witali się przyjaźnie, niektórzy pytali skąd jesteśmy, inni od razu rozpoznawali że na pewno z Polski (to podobno widać po oczach 8)).

IMG_1833ok

W pierwszy dzień z plecakiem, i to po dłuższym czasie spędzonym w samochodzie, szło się dość ciężko ale nie poddawaliśmy się. W końcu z zza zakrętu wyłoniły się upragnione góry i zobaczyliśmy chatkę i dom – stację meteorologiczną, o której czytaliśmy. Obok stał mężczyzna w średnim wieku, który od razu zaczął rozmawiać z nami po angielsku. Jak powiedział, ma wolny ostatni pokój i za 6 euro możemy w nim przenocować. Przekonywał nas, że za chwilę może przyjść ktoś inny, więc musimy się koniecznie szybko zdecydować. Zachęcał nas też, że mamy szczęście, bo będzie dziś ‘little party’. Gdy wspomnieliśmy że chcemy rozbić namiot, wskazał nam gdzie jest miejsce na biwakowanie, jednak bardzo nalegał, żebyśmy zostali u niego. Próbował nam nawet wmówić, że tej nocy ma padać (na kilku sprawdzonych prognozach pogody o deszczu nie było mowy..). Był bardzo nachalny, więc powiedzieliśmy mu, że rozejrzymy się i najwyżej do niego wrócimy. Poszliśmy od razu na miejsce biwaku, żeby się rozbić. Stał tam już jeden mały namiot, a przy nim dwóch młodych mężczyzn rozpalających ognisko. Przywitaliśmy się z nimi i spiesznie ruszyliśmy szukać jakiegoś w miarę osłoniętego od wiatru kawałka równego terenu. W tym miejscu czuliśmy się jak w naszych ukochanych Tatrach, na Hali Gąsienicowej. Niektóre szczyty wyglądem były bardzo podobne do tych naszych tatrzańskich. Nawet sobie żartowaliśmy, że widzimy Granaty, Kozi Wierch, Zawrat, Świnicę i Kościelec. Dlatego tym bardziej nie mogliśmy przepuścić takiej okazji, żeby w tak cudownym miejscu nie spać pod namiotem. W Polsce byłoby to niemożliwe, więc cieszyliśmy się z takich uroków, nawet mimo coraz silniejszego wiatru. Na szczęście nasze miejsce, między kosodrzewinami było dość dobrze ukryte przed podmuchami.

IMG_1841ok

Po rozpakowaniu się i ubraniu w grubsze warstwy poszliśmy zapoznać się z naszymi sąsiadami, którzy byli po drugiej stronie małego strumyka. Dwaj koledzy z Rumunii pokazali nam, gdzie jest szczyt Pietrosul (najwyższy szczyt Gór Rodniańskich), na który planowaliśmy iść. Opowiedzieli nam też o innych ciekawych miejscach w Rumunii, które warto zobaczyć, pokazali nawet swoje prywatne zdjęcia w telefonie, bo w części z nich byli tego lata. Robiło się już ciemno, a my zmęczeni i głodni, pożegnaliśmy się i w końcu poszliśmy ugotować coś ciepłego. Nasi nowi koledzy też mieli w planach wejść na najwyższą górę, tyle że ‘na lekko’, zostawiając wszystkie rzeczy na dole, bo następnego dnia musieli wracać do domu tą samą trasą. W nocy faktycznie wiało mocno, a ‘little party’ w stacji meteo rozkręciło się do większej imprezy z bardzo głośną muzyką. Byliśmy troszkę rozczarowani, bo w końcu przyjechaliśmy tu odpocząć na łonie natury. Ale nie zrażaliśmy się do tych i tak pięknych gór. Tym bardziej nas to dziwiło, bo dopiero co słyszeliśmy, żeby nie rozbijać się bliżej jeziora, bo moglibyśmy spłoszyć zwierzęta..

(17.09.2017 niedziela)

Rano obudziliśmy się dość wcześnie, ale podmuchy zimnego wiatru opóźniły nieco opuszczenie namiotu. W końcu jednak udało się wyjść, gdy przez szparę zobaczyliśmy pierwsze promienie słońca, oświetlające skały.

Po ugotowaniu wody na kawę i naszej ulubionej, niezawodnej owsianki, rozgrzaliśmy się i prędko spakowaliśmy do drogi. Szybko zauważyliśmy też plusy takiego silnego wiatru. Nie było problemu z długo schnącym od rosy namiotem. Spakowani ruszyliśmy w stronę jeziora i dalej szlakiem niebieskim. Po drodze pomachaliśmy naszym nowym znajomym z Rumunii, którzy też już powoli się zbierali do drogi. Nad jeziorem L. Iezer (Taul Pietrosului 1768 m n.p.m.) zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę, żeby nacieszyć oczy, po czym ruszyliśmy w górę. Widać też było stację meteo w oddali.

IMG_1858ok

IMG_1862ok

Cały niemal szlak był widoczny z dołu. Trasa prowadzi zakosami dość stromo w górę od północno-wschodniego stoku. Goniliśmy promienie słońca, albo raczej one nas :), więc bardzo szybko zrobiło się dość ciepło. Po drodze mijaliśmy kamienne piarżyska, które jak czytaliśmy są kryjówkami świstaków (musiały się dobrze kryć, bo żadnego nie spotkaliśmy ;)).

Po około 1,15 godz takiej wspinaczki dotarliśmy na przełęcz. Tam aura pogodowa zupełnie się zmieniła. Na górze stał metalowy słup, którego musieliśmy się przytrzymywać, bo tak mocno wiało. Przywitał nas tam czarny kot, który nie wiadomo skąd się tam wziął.

Z tego miejsca roztaczał się piękny widok na niemal cały grzbiet Alp Rodniańskich. Dogonił nas też jeden z naszych nowych kolegów, który zostawił swojego towarzysza daleko w tyle. Do szczytu pozostało jeszcze jakieś 10 minut drogi na zachód. Prowadziła tam niezbyt stroma kamienista ścieżka. Po prawej chroniły metalowe zniszczone poręczówki, których tak naprawdę lepiej było się nie trzymać. W końcu dotarliśmy na wierzchołek – Varful Pietrosul 2303 m n.p.m.- najwyższy szczyt gór Rodniańskich.

IMG_1899ok

Stoi tu niewielki betonowy budynek z dużą metalową puszką na dachu – pozostałość po starej stacji meteorologicznej. W środku był straszny śmietnik, więc znaleźliśmy ładniejsze miejsce na krótki odpoczynek. Czarny kot najwyraźniej musiał spotkać się tu z każdym, bo nie odpuszczał nas na krok.

IMG_1915okIMG_1920okIMG_1921ok

Widoki były przepiękne! Mogliśmy podziwiać widok na niemal cały masyw Alp Rodniańskich, a także na inne góry. Patrząc na północ i północny wschód w dole Borșa, a nad nią piękna panorama gór Marmaroskich. Na pierwszym planie Vf. Toroiaga (2158 m n.p.m.), bardziej na wschód zarośnięty masyw Kreczeli (Cretela 1853 m n.p.m.), a za nim ciągnące się na północny zachód pasmo graniczne i wierzchołki Połonin Hryniawskich. Bardziej z tyłu można dostrzec szczyty Czarnohory i Świdowca. Na południe natomiast widzimy potężny wierzchołek Rebry (2221 m n.p.m.), bardziej na wschód masyw Negoiasu (2041m n.p.m.), Lapteuli (2172 m n.p.m.) i wysunięty na północ charakterystyczny szczyt Puzdrele. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć, chwili odpoczynku i pożegnaniu się z naszymi znajomymi ruszyliśmy dalej na wschód w stronę głównej grani. Pogoda dopisywała, a my zauroczeni pięknem otaczających nas ze wszystkich stron gór, maszerowaliśmy dalej szlakiem. Za przełęczą poszliśmy południowym stokiem nieco w dół. Po naszej lewej stronie minęliśmy trawersem pierwszy szczyt Vf. Buhaescu Mare (2268 m n.p.m.) i weszliśmy na jego drugi niższy wierzchołek Vf. Buhaescu Mic (2221m n.p.m.) stamtąd widzieliśmy w dole jeziorko, a wokół niego kilka samochodów terenowych, które przyjechały najpewniej od południowej strony. Widzieliśmy też motocykle, które zjeżdżały stromą drogą w dół, w stronę wodospadu, tę samą stronę, w którą my planowaliśmy zejść do doliny i która była opisywana w naszym przewodniku. Byliśmy jakby w samym środku gór. W tak pięknym miejscu zrobiliśmy mały postój.

IMG_1936ok

Gdy ruszyliśmy w dół nagle, nie wiadomo skąd zaczął padać lekki deszcz. Na szczęście to był tylko przelotny opad. Schodziliśmy po wschodniej stronie stoku. Ze względu na słabo widoczną ścieżkę całkiem przypadkowo ścięliśmy drogę skrótem, omijając jeziorko, które już dawno opustoszało.

IMG_1962ok

Dotarliśmy do ścieżki, a nią do drewnianej chaty pasterskiej. Za tym miejscem droga się rozwidlała i prowadziła dalej polaną. Po prawej stronie w dole był wodospad i rzeczka, a wokół nas góry. Trochę nas zdziwiło że wzdłuż rzeki w dole, nie widać żadnej dróżki, tak jak było to zaznaczone w przewodniku, ale postanowiliśmy iść dalej. Dotarliśmy tak do kolejnego ogrodzenia i drewnianej chaty pasterskiej i dalej droga prowadziła już w stronę lasu, odbijając w lewo jeszcze dalej od rzeki.

Idąc jednak dalej wyraźną ścieżką, początkowo nie przejmowaliśmy się, w końcu jednak zaczęło nas zastanawiać gdy dróżka robiła się coraz to węższa, aż w końcu weszliśmy w gęsty las, wciąż jeszcze wysoko. Robiło się coraz mniej ciekawie. W dole lasu, w końcu widać było urwiska i coraz gęstsze drzewa. Postanowiliśmy zawrócić, bo przedzieranie się przez las, w nieznanym nam terenie nie było dobrym pomysłem. Tym bardziej że robił się wieczór a my, oprócz zaznaczonej ścieżki (nie szlaku!) w przewodniku nic o tej drodze nie wiedzieliśmy. Na szczęście mieliśmy zapas jedzenia i wody, dlatego postanowiliśmy przenocować w dolinie a rano poszukać jeszcze raz drogi wzdłuż rzeki. Wróciliśmy do polany, między dwoma chatami i w pobliżu kosodrzewiny znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotu.

IMG_2000ok

Tutaj nie mieliśmy dostępu do internetu, ale z tego co sprawdzaliśmy dwa dni wcześniej, tej nocy mógł być przelotny opad. Rozbijając namiot zauważyliśmy nagle wychodzące zza głównej grani gór, ciemne chmury i usłyszeliśmy grzmoty. Wszystko rozpoczęło się bardzo szybko. Ledwo schowaliśmy ostatnie rzeczy do środka, a już podmuchy silnego wiatru i pierwsze krople obijały się o tropik. Sprawdziliśmy jeszcze raz wszystkie śledzie, czy są na pewno dobrze wbite w ziemię, po czym schowaliśmy się do środka. Wiało coraz mocniej i zrobiło się całkiem ciemno. Rozpętała się potężna wichura, tak że musieliśmy trzymać stelaż namiotu, żeby nas razem z namiotem nie porwała. To wszystko trwało dobrą godzinę, choć wydawało się jakby całą wieczność. Wichura hulała tuż nad naszymi głowami, a grzmoty wydawało się jakby były bardzo blisko. Ściany namiotu trzepotały na wietrze i choć wcale nie był on najlepszej jakości i nigdy nie był poddany, aż takiej próbie wytrzymałości, to tym razem zdał egzamin na szóstkę! Z resztę niejedno już z nami przeszedł. Gdy burza ustąpiła, mogliśmy chwilę odpocząć i zjeść kolację. Tym razem darowaliśmy sobie gotowanie. Wystarczyły nam kanapki z pasztetem, które w takich warunkach i tak smakowały wyśmienicie. Padało i wiało jeszcze całą noc, nie wiedzieliśmy co będzie rano ale jakoś czuliśmy, że najgorsze już za nami.

IMG_2007ok.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s