Dzień 19. Pontevedra -> Caldas de Reis. 24km.

Dzisiejsze prognozy wskazywały na deszcz po południu. Z tego powodu postanowiliśmy wyjść wcześnie rano, tak żeby zdążyć dojść do następnego miejsca zanim zacznie padać. Wstaliśmy jako pierwsi i ruszyliśmy w drogę, gdy pozostali pielgrzymi dopiero zaczynali się zbierać. Nie kupowaliśmy wczoraj pieczywa na drogę, bo postanowiliśmy kupić rano świeże bagietki. Sklepy niestety były otwarte dopiero od 9.30! Na ulicach było ciemno i jeszcze pusto. Jedynie pojedyncze osoby szły do pracy i do szkoły. Miasteczko o tej porze wyglądało bardzo klimatycznie.

Gdy dotarliśmy do mostu, po drugiej stronie rzeki na niebie pojawiały się już różowe chmury. Za mostem przechodziliśmy obok piekarni. Tak musiało się to ułożyć, żebyśmy dziś zjedli świeże pieczywo prosto z pieca. Kupiliśmy dwie bagietki i ruszyliśmy w drogę. Dziś było dość chłodno, ale szło się bardzo dobrze. Powietrze było świeże i rześkie. Szliśmy szybkim krokiem długo przez las, wzdłuż torów kolejowych.

617

Gdy las się skończył, szliśmy między zabudowaniami cały czas trzymając się torów.

W jednej z wiosek znajdowało się Albergue. Podbiliśmy w nim nasze paszporty i ruszyliśmy dalej. Szło nam się tak dobrze, że przerwę na bagietki zrobiliśmy dopiero po 15 kilometrze. Znaleźliśmy ładne miejsce pod drzewami. Postój planowaliśmy jeden i nie mogliśmy się zdecydować, czy zjeść na słodko czy na słono nasze pieczywo, więc zrobiliśmy obie wersje :)smakowały wyśmienicie! Cieszyliśmy się, że nie kupiliśmy bagietek w markecie dzień wcześniej, bo byłyby już na pewno zgniecione i zeschnięte.

Po naładowaniu się energią ruszyliśmy w dalszą drogę utrzymując tempo z rana. Druga część dzisiejszej trasy była mniej malownicza. Trzymała się głównej drogi prowadzącej do miasta, co kawałek odbijając w bok od szosy i prowadząc przez winnice i małe wioski.

Do Caldas de Reis pod Albergue dotarliśmy koło 13.30. Znajdowało się w centrum tego niezbyt pięknego na pierwszy rzut oka miasteczka. Niestety okazało się że drzwi otwarte dla pielgrzymów będą dopiero o 15.00.

Mieliśmy trochę czasu. Pod drzwiami spotkaliśmy pielgrzyma z Włoch, który nie znał angielskiego i nie bardzo mogliśmy się z nim dogadać. Szedł drogą z Santiago w stronę Lizbony. Żeby nie tracić czasu poszliśmy od razu do sklepu. Przed 15 dotarli też Marcus i drugi pielgrzym z Brazylii. Gdy już przyszedł ktoś, żeby otworzyć drzwi, zarejestrowaliśmy się i weszliśmy do środka. Albergue nie było duże. Przy wejściu była mała kuchnia z mikrofalą i recepcja, a dalej w głąb wchodziło się do pokoju łóżkami piętrowym, z niego do kolejnego i potem korytarz z łazienkami i toaletami. Nie było tu jakoś super spośród tych które już odwiedziliśmy ale nie to przecież było najważniejsze. Odpoczęliśmy chwilę grzejąc się przy elektrycznym grzejniku i zabraliśmy się za gotowanie makaronu.

Po południu zgodnie z prognozą padało i panowała dość senna atmosfera. Spędziliśmy dość wypoczynkowe popołudnie i wieczór. Graliśmy w domino, czytaliśmy, rozmawialiśmy. Cóż.. takie dni też są bardzo potrzebne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s