Krokusy z lotu ptaka. Czyli odpoczynek w Tatrach Zachodnich.

Sami nie wiemy kiedy nadeszła wiosna, a nam wciąż było mało górskich, zimowych wypraw. Gdy tylko nadarzyła się okazja i wolny weekend, postanowiliśmy to koniecznie wykorzystać. Jednym z miejsc, gdzie jeszcze panowały zimowe warunki, były nasze ukochane Tatry, dlatego bez dłuższego namysłu wybraliśmy się właśnie tam. Szybkie pakowanie plecaków, kanapki na drogę, kilka godzin snu i nad ranem pojechaliśmy w kierunku Podhala.

Z parkingu przed wejściem do Doliny Chochołowskiej, ruszyliśmy przed godziną 7. Idąc w stronę Polany Chochołowskiej, mijaliśmy łąki, mieniące się w promieniach wschodzącego słońca, odcieniami fioletu krokusów.

Widok był piękny, ale nie zatrzymywaliśmy się na długo, gdyż naszym głównym celem były tego dnia szczyty Tatr Zachodnich. Po przejściu około 6km nasz szlak odbił w lewo, gdzie zostawiliśmy wszystkich zmierzających do schroniska i ruszyliśmy czerwonym szlakiem do góry.

Początkowo prowadziła nas trochę błotnista ścieżka, która zamieniła się w ośnieżony stok. Podchodzenie zaczęliśmy pomagając sobie kijkami, ale śnieg okazał się na tyle zmrożony i śliski, że konieczne było też założenie raków. Od tego momentu wysokości nabieraliśmy już znacznie szybciej. W rakach szliśmy jak po schodach.

W międzyczasie udało nam się znaleźć czas na śniadanie. Zatrzymaliśmy się na powalonym drzewie, gdzie pierwsze promienie słońca już ogrzewały nas przyjemnie. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień. Szliśmy dalej, w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu. Droga prowadziła przez las, gdzie było wciąż sporo śniegu tak, że miejscami zapadaliśmy się w nim do kolan, czasem nawet do połowy ud. O tej porze dnia szlak nie był jeszcze przetarty, więc zajęło nam to trochę czasu. Gdy w końcu wyszliśmy z lasu, ukazała nam się tak wyczekiwana piękna panorama Tatr.

W dole widzieliśmy również Polanę Chochołowską i teren wokół schroniska. Obserwowaliśmy krokusowe szaleństwo i ogromne tłumy turystów! Również na Grzesiu, widocznym w oddali była spora grupka ludzi. Natomiast na naszej trasie mijaliśmy pojedyncze osoby, które tego dnia tak jak my, wybrały ciszę i piękno górskich szczytów.

Bardzo często wyjścia w góry wiążą się z tym, że trzeba się spieszyć, żeby dojść do zaplanowanego miejsca, dotrzeć do ambitnych celów, żeby zdążyć wrócić przed zmrokiem, czy na ostatni autobus. Zapominamy wtedy o tym spokoju i ‘zatrzymaniu się’ w pędzie dnia codziennego, które nam dają góry. Tym razem jednak nie chcieliśmy się spieszyć. Nie mieliśmy też w planie ‘zdobycia’ jak największej liczby szczytów. Przyjechaliśmy w nasze ukochane Tatry, żeby po prostu odpocząć, otoczeni przez pięknie jeszcze ośnieżone góry.

Zaraz za Trzydniowiańskim szczytem znaleźliśmy miejsce, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę podziwiając panoramę Tatr Zachodnich. Patrząc na południe i dalej w kierunku zachodnim podziwialiśmy majestatyczne szczyty Kończystego i Jarząbczego Wierchu, dalej Łopaty, Wołowca, Rakonia i Grzesia, a nieco z tyłu już po stronie słowackiej Rohaczy, Banówki i Pachoła.

1IMG_9744

1IMG_9760

Po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej w stronę Kończystego Wierchu. Piękna wiosenna pogoda zmieniła się w prawdziwy tatrzański wiatr, zrobiło się naprawdę chłodno. Bez kapturów się nie obyło! Tutaj śnieg był już w połowie stopiony i miejscami szliśmy po trawie. Raki mogły się suszyć przypięte do plecaka. Podejście pod Kończysty Wierch nie jest bardzo strome, ale jednak w połączeniu z silnym wiatrem było na tyle wymagające, że zdołało przyspieszyć nam trochę oddech i tętno.

Na szczęście na górze udało się znaleźć całkiem spokojne i osłonięte od wiatru miejsce, w którym mogliśmy odetchnąć w otoczeniu tych ukochanych krajobrazów. Tutaj widok był jeszcze piękniejszy. Patrząc na wschód, na pierwszym planie malowały się przed nami szczyty Tatr Zachodnich, najbliższy Starorobociański Wierch po prawej i Ornak na wprost, następnie za nim Kamienista, Smreczyński, Tomanowy Wierch i Czerwone Wierchy. W oddali widzieliśmy Tatry Wysokie z wyraźnie wybijającymi się szczytami Świnicy, Lodowego Szczytu, Gerlacha i Krywania.

1IMG_9790

Bardzo korciło nas jeszcze, żeby wejść na Jarząbczy Wierch. Podeszliśmy nieco w jego stronę, jednak tym razem odpuściliśmy. Nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu, a pokrywa śnieżna grzbietu wyglądała na dość niestabilną, a przez to niebezpieczną. Pamiętając o informacjach sprzed tygodnia, o lawinie, która zeszła w tym rejonie, do Doliny Jarząbczej zdecydowaliśmy, że wybierzemy się tam innym razem. Nie mieliśmy na tyle śmiałości ile stado kozic, które korzystając z nieuczęszczanego tego dnia przez turystów szlaku, skakały w górę i w dół po stromym stoku. Wyglądały zjawiskowo!

Dzisiejsze wyjście było chyba jednym z bardziej wypoczynkowych na jakich byliśmy, ale właśnie tego nam było trzeba – zatrzymać się na chwilę w pędzie i nawale obowiązków i pracy, odpocząć otoczeni przez te potężne skały.

Wracaliśmy tą samą trasą, przez Kończysty Wierch, nie spiesząc się też zbytnio, by jak najdłużej móc cieszyć się widokami. O tej porze szlak był już mocno wydeptany, a śnieg miejscami stopił się przy tych pierwszych wiosennych promieniach słońca.

1IMG_9824

profil 1mapa 1

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s